
Obejrzałem sobie ostatnio zawody skoków narciarskich w niemieckim Oberstdorfie z wielką uwagą a zarazem z wielkim niedowierzaniem. W swoim życiu byłem przekonany, że wiele absurdów widziałem. Niestety, to nie jest koniec. Tym razem tknięty absurdem życia został sport skoków narciarskich i to właśnie podczas tych zawodów, które śledziłem.
W czym rzecz? A mianowicie – FIS (Międzynarodowa Federacja Narciarska) wpadła na pomysł nowej punktacji za skoki z uwzględnieniem warunków atmosferycznych, numeru belki startowej. Moje zarzuty są takie: czemu tej nowej punktacji nie wypróbuje się podczas letnich igrzysk bądź nie zorganizuje się kilku dni testowych w na jakiejkolwiek skoczni, tam wybierze się kilkunastu przedskoczków, którzy będą skakać według obmyślonych zasad? Konkurs w Oberstdorfie pokazał, że system ma wiele mankamentów, przez co tracą sami skoczkowie, którzy nie będą musieli wcale myśleć o tym jak daleko skoczyć i wylądować z ładnym telemarkiem, tylko będą z radością patrzeć czy siedzą na niskiej belce czy wiatr wieje większy niż u poprzedników.
Prawda jest taka – nie da się przeliczyć warunków atmosferycznych na punkty. Sam „Orzeł” z Wisły – Adam Małysz wielokrotnie udowadniał, że nawet bez podmuchu wiatru pod nartami potrafił wylądować rekordowo daleko.
To właśnie piękno tego sportu polega na tym, że warunki bywają zmienne – wręcz z sekundy na sekundę. Tak naprawdę dzięki różnym warunkom atmosferycznym możemy poznać to, kto jest jakim skoczkiem.
Sam przelicznik nie jest łatwy i kto wie do jakich nadużyć może dojść. Przecież nikt nie będzie tego systemu weryfikował podczas zawodów.
Ja osobiście proponuję zbudować kilka hal, w których to będą panowały idealne warunki do skoków – wtedy przeliczniki nie będą potrzebne – skoro taka sztuka udała się w Dubaju, to czemu ma się nie udać w Europie?
